Maja Dobkowska

Superbohaterowie, choć niekoniecznie super

 

Ten tekst miał być o potrzebie czytania dzieciom książek. Ale przecież tyle już o tym napisano. Pomyślałam więc, że skupię się nie na czytaniu w ogóle, tylko na jednym interesującym wątku. Będzie więc o bohaterze.

Nie wiem, czy piszący książki dla dzieci zdają sobie sprawę, jak ważne stają się dla dzieci postaci, które tworzą. Czy gdyby wiedzieli, pisaliby odpowiedzialniej? Przez niejaką Astrid Lindgren ja do dziś, jak Pippi, mam alergię na taką szkołę, w której najważniejsza jest „tabliczka schorzenia”. Innej Skandynawce zawdzięczam życie ze świadomością, że Tata Muminka zniknął na jakiś czas za horyzontem (dosłownie), bo po prostu miał taką potrzebę. Że takie rzeczy i tacy tatusiowie się w ogóle zdarzają. I choć czasem mam wrażenie, że jestem misiem o bardzo małym rozumku, to w gruncie rzeczy wiem, że moją misją jest matkować jak Wendy takim wariatom jak Piotruś Pan, ucząc się jednocześnie od nich latania (dlatego wybrałam zawód nauczyciela). Zadziwiające, jak trwale literackie wątki kształtują naszą tożsamość. I nigdy nie wiesz, rodzicu, pedagogu, animatorze, który z bohaterów przedstawionych przez ciebie młodemu człowiekowi podzieli się z nim swoją supermocą, która będzie mu towarzyszyć na zawsze.

Bohaterowie są dzieciom potrzebni po to, by, utożsamiając się z nimi, były w stanie zmierzyć się z lękami, stratami, koszmarami, zanim staną się one ich udziałem w ich własnym życiu. Na razie tak na niby, na próbę, nie bezpośrednio, ale odważnie i bez zakłamań oswajamy dzieci z tym, że w życiu są zmienne, które wywracają wszystko do góry nogami: każą ruszać w świat, przeciskać się przez ciemną szafę, nieść pierścień mocy do ognistej góry, zwalczać Voldemorta lub Kapitana Haka, a na koniec zgubić się w lesie i stanąć oko w oko z Babą Jagą. Przeciwności losu bohaterów to rzecz jasna bajkowe metafory prawdziwych życiowych perypetii. Ale jak to bywa z metaforami – choć subtelne, doskonale oddają istotę rzeczy.

Kłopoty to domena bohaterów. Ale ci ostatni nie są przecież wobec nich bezbronni.  Okazuje się, że każdy z nich ma jakąś supermoc, dzięki której koniec końców, lepiej lub gorzej, ale jednak – radzi sobie z nieszczęściami. Im bardziej ta moc spektakularna, tym większa fascynacja dziecka. Piotruś Pan potrafił nie tylko latać, ale i zostać dzieckiem, nie brał więc życia zbyt poważnie – być może dlatego niestraszny był mu Kapitan Hak? Harry Potter – wiadomo. Pippi miała siłę, by podnieść nawet konia. No i dawała sobie radę sama – czasem osobliwe było to dawanie sobie rady, ale jednak samodzielne. Dzieci z Bullerbyn miały Bullerbyn – tak, tak, Bullerbyn było ich supermocą, było bowiem bezpiecznym i pełnym ciepła światem, w którym panowały proste i zrozumiałe zasady i gdzie można się było schować, gdy na przykład na świecie szalała wojna. Muminek przesypiał całą zimę, dzięki czemu nie usychał z tęsknoty za Włóczykijem. Karolcia miała koralik, a Doktor Dolittle nie tylko rozumiał mowę zwierząt, ale też mógł liczyć na wsparcie wszelkich przedstawicieli ssaków, ptaków, gadów i płazów, kiedy tylko znalazł się w tarapatach. Nawet Mikołajek miał supermoc: dystans do świata i humor, dzięki którym był w stanie nie z pogodą ducha podchodzić do rozmaitych „niepowodzeń szkolnych”.

Sumując, literatura pokazuje dziecku możliwe życiowe tarapaty, ale i podsuwa wzorce radzenia sobie z nimi. Czasami to radzenie sobie jest zresztą nieudolne lub wręcz nieskuteczne. Ale i to nie szkodzi: porażki bohatera również uczą i wzmacniają czytelnika.Im bardziej dziecko utożsamia się z bohaterem, tym większe jest jego marzenie, by podobną supermoc posiadać. I sęk w tym, że rzeczywiście może ją mieć. No, może nie dosłownie – nie próbowałabym udowadniać dzieciom, że mogą latać lub niczym Staś Tarkowski uciekać same przez pustynię. Ale każde dziecko może znaleźć w sobie bohatera, odkryć w sobie, coś co może nazwać swoją supermocą, a my nazwalibyśmy po dorosłemu samowiedzą. Siłą, którą ma się w sobie i z której można czerpać, kiedy przyjdą życiowe kłopoty.

Tu wkracza dorosły. Jego rola jest niemała i arcyważna.

Po pierwsze to on musi dziecko, zwłaszcza to młodsze, z bohaterem skonfrontować. Czyli po prostu wziąć książkę i przeczytać. A potem następną i następną, nie jest bowiem określone, ile tych supermocy jest dziecku potrzebne. W każdym razie dużo. I najlepiej różnorodnych – bo nigdy nie wiadomo, co się komu kiedy przyda.

Po drugie zaś trzeba z dzieckiem rozmawiać. Bez rozmowy, pytań, wspólnej analizy, mały czytelnik może nie zauważyć, że właśnie posiadł supermoc. Byłoby niezmiernie szkoda w tak bezsensowny sposób wylać, nomen omen, dziecko z kąpielą, prawda? To dorosły może pomóc młodemu człowiekowi pewne rzeczy ponazywać, poukładać (pomagać nie znaczy robić za dziecko!). Weźmy Piotrusia Pana. Może wielbiciel jego przygód marzyłby, żeby móc latać. No, niestety. To tak wprost nie działa. Ale co dawało Piotrusiowi latanie? Mógł się swobodnie przemieszczać między krainą marzeń, fantazji a światem rzeczywistym (który też jest bardzo fajny – w końcu tam Piotruś spotkał Wendy!). Masz tę supermoc, mały czytelniku? Więc korzystaj, to może ci wiele ułatwić, także w dorosłym życiu.

Obowiązkiem dorosłego jest wreszcie czujność i pobudzanie krytycznego myślenia. Nie każda supermoc nadaje się bowiem do „pożyczenia”. Są wszak bohaterowie negatywni, głupi, naiwni albo wredni – na szczęście bowiem książki przedstawiają świat w sposób bardziej skomplikowany, tak jak skomplikowane jest życie. Tyle że czasem dzieciom brakuje dystansu. Zwłaszcza jeśli sięgają po jakąś książkę za wcześnie. Tak stało się na przykład, gdy moje dzieci zbyt wcześnie sięgnęły po przygody Koszmarnego Karolka. Nie były jeszcze gotowe na to, by mieć dystans do zachowań bohatera, które, prawdę mówiąc, mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia lub życia. Oj, bałam się bardzo, że zechcą go naśladować. Jak miałam im wytłumaczyć, że mocą Karolka nie jest krnąbrność, tylko umiejętność wodzenia dorosłych za nos, wykorzystywanie narzuconej przez nich roli do osiągania własnych celów? To nieco zbyt skomplikowane na umysł 5–6 latka. Odpuściliśmy więc Karolka. Na razie.

Na koniec propozycja dla animatorów, bibliotekarzy, pedagogów, wychowawców.

Poniższa tabelka nie musi zostać uzupełniona przez dziecko od razu w całości. Można do niej wracać z każdą przeczytaną książką. Ba, w ogóle nie trzeba jej uzupełniać – może wystarczy opracować na jej podstawie schemat rozmowy? Można wykonywać tę pracę pojedynczo lub grupowo. No i można ją oczywiście dowolnie modyfikować. Służy ona podsumowaniu, krytycznej analizie, a także ma pomagać w wysupływaniu z lektury i nazywaniu supermocy drzemiących w bohaterach. Miłej zabawy!

tab. Maja Dobkowska

rys. Maja Dobkowska

 

Maja Dobkowska – pedagożka, animatorka, trenerka i nauczycielka. Zajmuje się rozwijaniem kreatywności dzieci i młodzieży, a także osób dorosłych. Prowadzi treningi kreatywności oraz szkolenia z innowacyjności i kreatywnego rozwiązywania problemów. Szkoli nauczycieli, dzieli się pomysłami podczas warsztatów pokazujących, jak wplatać trening twórczości w rzeczywistość szkolną i przedszkolną. Jest certyfikowanym trenerem programu Odyseja Umysłu i jego entuzjastką. W wolnym czasie pisze książki i anty-kolorowanki dla dzieci. Jest mamą 6-letniej Basi i 9-letniej Zośki, z którymi lubi się włóczyć, wymyślając niestworzone historie.

Zobacz również